O autorze
Dziennikarka i japonistka, absolwentka UW i University of Oxford, była londyńska korespondentka „Dziennika Polska Europa Świat” (2007-2009). Obecnie analityk polityczny w think tanku Instytut Obywatelski. Od czasów pierwszej wizyty w Japonii w 2001 roku, apodyktyczna fanka wszystkiego co japońskie.

A w Londongradzie cisza

Krótka obserwacja wydarzeń z ostatnich tygodni może prowadzić do konkluzji: brytyjska polityka to geografia plus pieniądze

19 marca w sztabie marynarki wojennej Ukrainy w Sewastopolu odbyła się ponura ceremonia – przy wtórze hymnu wojskowi z Rosji przejęli kontrolę nad jednostką, rozwieszając wszędzie rosyjskie flagi. Kilkanaście dni wcześniej Rosja zaanektowała Krym, inicjując tam fikcyjne i nielegalne referendum. To wtedy wróciliśmy w Europie do XIX-wiecznego studiowania map. Stratedzy geopolityczni zaczęli przyglądać się granicom państw, które po II Wojnie Światowej wydawały się nienaruszalne, analizować przebieg rzek i pasm górskich, umiejscowienie rurociągów gazowych i portów przeładunkowych. Szefowie dyplomacji i przywódcy najważniejszych krajów europejskich – Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, a także Polski – zintensyfikowali działania. Do słownika codziennego wróciło słowo „bezpieczeństwo”, odmieniane na różne sposoby i używane z różnymi przymiotnikami – bezpieczeństwo terytorialne, polityczne i energetyczne.

Co nam się opłaca




W tym samym czasie zaczął się też rysować dwuwymiarowy obraz rzeczywistości. Obok prowadzenia polityki retorycznej, ostro krytykującej rosyjskie działania, większość państw zaczęła przeliczać, ile może je kosztować ukraińska solidarność. Innymi słowy, czy ekonomiczna wojna z Rosją Wladimira Putina w ogóle im się opłaca. Do mediów wyciekły m.in. zdjęcia ze spotkania premiera Davida Camerona z brytyjską Radą Bezpieczeństwa. Z jednego z dokumentów, którego zbliżenie na zdjęciach uchwycił fotograf, wyraźnie wynikało, że Londyn nie planuje sankcji ekonomicznych wobec Rosji, ani nie zamierza w jakikolwiek sposób zamykać swoich centrów finansowych dla rosyjskich inwestorów. Okazało się też, że Wielka Brytania nie popiera wojskowych przygotowań NATO („na razie”), a główną rolę w negocjacjach między Ukrainą a Rosją ma odegrać ONZ, a nie UE. Dla świata zewnętrznego to był prosty komunikat: rosyjscy oligarchowie, inwestujący w londyńskim City i kupujący luksusowe domy w dzielnicach Chelsea czy Mayfair, mogą spać spokojnie.

Tym bardziej, że rosyjski rachunek w Londynie opiewa na setki milionów funtów. Według „Financial Times” w ciągu ostatnich dziesięciu lat Wyspy Brytyjskie przyciągnęły do kraju najwięcej bogaczy ze wszystkich wielkich gospodarek świata. W 2013 r. w Wielkiej Brytanii mieszkało ich 850 tys., blisko połowa – w centrum Londynu. Ilu wśród nich było Rosjan, trudno powiedzieć. Wiadomo jednak, że rosyjscy biznesmeni rokrocznie dominują na liście najbogatszych Brytyjczyków, a Rosjanie są właścicielami 5 proc. najdroższych londyńskich nieruchomości. Wśród nich prym wiodą: właściciel klubu piłkarskiego Chelsea Roman Abramovich, wydawca dziennika „Evening Standard” Evgeny Lebedev czy najbogatszy człowiek Rosji, magnat przemysłu metalowego – Alisher Usmanov. Rosyjskie bogactwo na Wyspach to już temat nie tylko dla magazynów finansowych, ale też element popkultury – brytyjski oddział telewizji Fox (jedna ze stacji Ruperta Murdocha) wyemitował w ubiegłym roku kiczowaty reality show „Meet the Russians”.

Po raz kolejny okazało się, że dla Wielkiej Brytanii polityka to nic innego jak geografia plus pieniądze.

Wstyd albo wojna

„Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony. Ci, którzy maszerują z nami, są naszymi przyjaciółmi”, przyznawał w 1848 r. w przemówieniu dla Izby Gmin Lord Palmerston, broniąc brytyjskiego stanowiska po stłumieniu przez Imperium Rosyjskie polskiego powstania listopadowego.

Dwie wizje świata – pragmatyczna (wyspiarska) i romantyczna (polska) starły się niedawno w studiu telewizyjnym BBC. W rozmowie z polskim szefem dyplomacji Radosławem Sikorskim znany brytyjski dziennikarz polityczny Jeremy Paxman próbował odgrywać adwokata diabła. „Referendum na Krymie… Nie rozumiem, w jaki sposób to ma być nasza sprawa?”, naciskał swojego rozmówcę. „Dlatego, że kiedyś już mieliście przywódcę, który mówił: to kłótnie w dalekich krajach, całkiem nam obcych. I wszyscy wiemy, jak to się skończyło”, odpowiedział Sikorski, cytując słowa przedwojennego brytyjskiego premiera, Neville’a Chamberlaina. Tego, który po powrocie z Monachium w 1938 r. myślał, że przywiózł Europie pokój, a dostał zgoła coś innego: wstyd i wojnę.

Morza i góry


Po aneksji Krymu, musimy wrócić do myślenia o naszym świecie w kategoriach geopolitycznych”, zapowiada konserwatywny politolog, Robert D. Kaplan. Geopolitycznych, czyli biorących pod uwagę dokładną lokalizację kraju i wyzwania, jakie z nią się wiążą. Problemy geopolityczne świetnie rozumieją kraje położone na równinach, których granice nie posiadają naturalnych barier. Trochę mniej zaś pojmują je kraje wyspiarskie, takie jak Wielka Brytania, dla których morza i oceany od zawsze stanowiły naturalną zaporę przed wrogami.

Już w 1904 roku, w artykule zatytułowanym „Geograficzna podstawa historii”, brytyjski geograf i edukator, Sir Halford J. Mackinder, wyłożył geopolityczną wizję przyszłości świata. W większości okazała się być prawdziwa. Mackinder twierdził na przykład, że europejski układ sił z czasów edwardiańskich będzie musiał ustąpić potencjałowi Eurazji. Przewidział też, że największa wojna rozegra się na linii: morska potęga Zachodu kontra rosyjska siła lądowa. Z tej perspektywy interesująco brzmią słowa Kaplana, który nawołuje, żeby spojrzeć na Putina jak na człowieka, którego działania wynikają z wielkiej geograficznej niepewności.

Brytyjski realizm ma jednak swoją cenę. Tak jak przeszacowanie misyjności polityki zagranicznej w wykonaniu Tony’ego Blaira (wspólny z USA atak na Irak) do dziś odbija się byłemu premierowi czkawką, pragmatyzm Camerona zaczyna coraz bardziej przypominać światu o brytyjskiej inercji po ataku Hitlera na Polskę czy podczas konfliktu na Bałkanach. A brytyjski realizm w interesach coraz silniej pachnie interesownością.

*Aleksandra Kaniewska – analityczka ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, publicystka
Trwa ładowanie komentarzy...