O autorze
Dziennikarka i japonistka, absolwentka UW i University of Oxford, była londyńska korespondentka „Dziennika Polska Europa Świat” (2007-2009). Obecnie analityk polityczny w think tanku Instytut Obywatelski. Od czasów pierwszej wizyty w Japonii w 2001 roku, apodyktyczna fanka wszystkiego co japońskie.

Brytyjska ruletka

CC 2.0 aut. Markyboy81
Premier Wielkiej Brytanii znów zagrał va banque. Tym razem chce zamknąć drzwi dla przybyszów z UE.

Czego oczekuje się od dobrego przywódcy? Na pewno nie nieomylności. Nieomylność zaślepia i oddala polityka od problemów prawdziwego świata. Nie oczekuje się też, żeby nigdy nie zmieniał zdania – bo tylko głupcy i wariaci trzymają się raz powziętej oceny sytuacji. Ale przywódca musi być mądry, i to wcale nie dzięki wiedzy książkowej, ale swoistej intuicji (psychologowie nazywają ją inteligencją emocjonalną).



Machiavelli napisał kiedyś: „Istnieją trzy rodzaje inteligencji: pierwsza rozumie wszystko sama z siebie; druga pozwala poznać to, co rozumieją inni; trzecia niczego sobie nie uprzytamnianie sama z siebie, ani z pomocą innych. Pierwsza jest znakomita, druga dobra, trzecia bezużyteczna”. Od skutecznego polityka wymagać więc można, żeby rozumiał nastroje społeczne, a także wiedział, że pewne decyzje nie są tylko jego decyzjami, ale otwierają całą siatkę działań różnych ośrodków decyzyjnych, nad którymi nie ma kontroli.

I to jest właśnie umiejętność, której – jak się zdaje – nie posiadł David Cameron.

Premier Wielkiej Brytanii znów zagrał va banque. Naciskany przez konserwatywną część własnej partii, uginając się pod ciężarem rosnącego poparcia dla eurosceptyka Nigela Farage’a, po raz kolejny postanowił zabrać się za rzekomo największy problem trapiący Brytyjczyków – imigrację. Z kancelarii premiera wyciekł projekt, według którego Wielka Brytania miałaby wprowadzić roczne limity liczby imigrantów z krajów Unii Europejskiej. Jednym z wariantów tej propozycji jest tzw. hamulec bezpieczeństwa (ang. emergency brake), czyli automatyczne zamknięcie granic dla nowych imigrantów, gdyby ich liczba przekroczyła pewien poziom. Obecnie całkowite saldo brytyjskiej migracji jest dodatnie i wynosi 250 tys. osób netto (to wzrost o około 80 tys. w porównaniu do poprzedniego roku – „winna” jest dobra kondycja brytyjskiej gospodarki). Otoczenie Camerona chciałoby zmniejszyć migrację o przynajmniej połowę, do 100 tys. osób rocznie.

Jeszcze w ubiegłym roku pojawiły się propozycje ostrzejszego potraktowania polityki imigracji spoza Unii Europejskiej – m.in. większej regulacji zasiłków, obciążenia imigrantów częścią opłat za służbę i zwiększeniem kar dla osób umożliwiających nielegalny wjazd do kraju. Ale tym razem David Cameron chciałby zamknąć drzwi dla przybyszów z UE. Czyli m.in. dla Polaków.

Jaki jest problem z tą propozycją? Jest niemożliwa do zrealizowania. José Manuel Barroso, wciąż jeszcze prezydent Parlamentu Europejskiego i były premier Portugalii, natychmiast przypomniał brytyjskiemu premierowi, że to działania przeczące jednej z najważniejszych, wręcz fundamentalnych, wartości unijnych – swobodnemu przepływowi osób, ustanowionemu przez traktaty rzymskie w 1958 roku. Oznacza to jedno: gdyby antyimigracyjne limity Camerona weszły w życie, Wielka Brytania musiałaby katapultować się z Unii Europejskiej. I to w trybie pilnym.

Na komentarz Barroso David Cameron odpowiedział ofensywnie. „Musimy zaadresować wątpliwości Brytyjczyków dotyczące imigracji. Dla mnie jest jasne, kto jest moim szefem i przed kim odpowiadam. To obywatele brytyjscy”. W domyśle – nie muszę wykonywać poleceń Brukseli.

Skąd u Camerona, skądinąd zwolennika polityki umiarkowania, tyle zapalczywości? Odpowiedź może być jedna: rosnące poparcie UK Independence Party (UKIP), czyli Nigela Farage’a. Jego partia może już liczyć na 13-17% głosów w skali kraju. Natomiast w okręgu wyborczym Rochester & Strood, w którym już za miesiąc odbędą się parlamentarne wybory uzupełniające, sondaże dają UKIP znaczące prowadzenie – z wynikiem 43%. Dla porównania: torysi mają 30%, laburzyści 21%. I tak jak łatwo jest zrozumieć i nawet empatyzować z przerażeniem premiera Camerona, trudno jest przyznać, że jego strategia ma sens.

Dlaczego? Walka z wewnątrzeuropejską imigracją to walka retoryczna i z góry skazana na niepowodzenie. Kraje UE nigdy nie zgodzą się na najsubtelniejsze nawet zmiany w polityce otwartych bram. Możliwe też, że wcale nie poprą ich rozsądni Brytyjczycy – wciąż około 2 miliony z nich mieszka przecież poza granicami kraju, a duża większość to znużeni angielska pogodą emeryci, którzy starość wolą spędzić w targanej kryzysem, ale słonecznej Hiszpanii. Skrajnej prawicy nie przekonuje też torysowska obietnica referendum w 2017 r. – być może to data zbyt odległa, a być może nikt nie wierzy, że David Cameron może wygrać wybory w 2015 r. Od czasu, kiedy premier przyjął bardzo surowy antyunijny ton, słupki poparcia dla Partii Konserwatywnej wzrosły nieznacznie i wciąż nie udało się przegonić słabiutkiej (wizerunkowo i programowo) Partii Pracy.
Premier Wielkiej Brytanii znów zagrał va banque. Tym razem chce zamknąć drzwi dla przybyszów z UE.

Zdaje się więc, że Cameron wpadł w sidła zarówno eurosceptyków z własnej partii, jak i nacjonalistów z UKIP. Do tego wszystkiego brytyjskie podejście do Europy – być może w świetle ryzykownej gry, która rozegrała się w Szkocji – zaczęło się zmieniać. Właśnie ogłoszono wyniki sondażu, wedle którego od dawna poparcie dla UE nie było na Wyspach tak wysokie. Gdyby referendum „in-or-out” odbyło się więc dzisiaj „za” pozostaniem w strukturach unijnych zagłosowałoby 56% osób, „przeciw” zaś zaledwie 36%. To najsilniejsza pozycja euroentuzjastów od 1991 roku.

Czyżby więc okazało się, że David Cameron znów przelicytował?

*Aleksandra Kaniewska – analityk ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim. Autorka opublikowanej przez Instytut Obywatelski książki dla dzieci Demokracja to MY: urządźmy nasz świat (2013).
Trwa ładowanie komentarzy...