Szkocka niezależność w kratkę

Są razem od 1707 roku, a we wrześniu zadecydują o swojej przyszłości. Czy Szkocja i Wielka Brytania się rozwiodą?

„Za sześć tygodni podejmiemy najważniejszą decyzję, jaką kiedykolwiek podejmowaliśmy w Szkocji. I zapamiętajcie: jeśli zdecydujemy się opuścić (Wielką Brytanię), nie będzie już powrotu” – mówił podczas przedreferendalnej debaty telewizyjnej Alistair Darling, były minister finansów w rządzie Gordona Browna, teraz szef kampanii „Better Together”, w której przekonuje Szkotów do pozostania w unii z Wielką Brytanią.



Z kolei jego przeciwnik, Pierwszy Minister Szkocji Alex Salmond (który jest też liderem „YES Scotland”, zrzeszenia organizacji prowadzących kampanię na rzecz niepodległości), wypominał, że jedynym, co londyński rząd dał Szkocji przez ostatnie lata, były podatki – pogłówny (tzw. poll tax) czy sypialniany. „ Nikt, absolutnie nikt lepiej nie będzie rządził Szkocją niż ludzie, którzy żyją i pracują w Szkocji”, zapewniał Salmond.

YES czy NO

Już za mniej niż miesiąc, 18 września, odbędzie się szkockie referendum niepodległościowe. Szkoci odpowiedzą w nim na jedno, proste pytanie: „Czy Szkocja powinna być niezależnym krajem?”. Najnowsze sondaże pokazują relatywnie stabilną pozycję grupy probrytyjskiej (tzw. „NO”, czyli tych, którzy w referendum odpowiedzieliby „nie”). Jeśli odrzucić 11-proc. grupę niezdecydowanych, w badaniu z 18 sierpnia przeciwników secesji było 57 proc., a jej zwolenników – 43 proc. Mimo że to unioniści mają poparcie Londynu, większości mediów, a także więcej środków finansowych (na rzecz kampanii „NO” milion funtów przekazała m.in. pisarka i autorka sagi o Harrym Potterze J. K. Rowling), secesjoniści ze Szkockiej Partii Narodowej (SNP) nie odpuszczają.

To referendum, mimo że najprawdopodobniej wygrane dla zwolenników unii szkocko-brytyjskiej, już jest prztyczkiem w nos dla premiera Davida Camerona i konserwatywnej polityki jego rządu. Cameron miał budować Wielkie Społeczeństwo m.in. w oparciu o silne regiony, a tak naprawdę nie tylko nie zmienił, ale wzmocnił londyński centralizm. Ostatnio podczas audycji radiowej w regionalnym oddziale BBC pomylił na przykład północno-wschodni region Teesside z Tyneside. „Panie premierze, nie ma pan kontaktu z lokalną Brytanią”, odezwali się oburzeni słuchacze. Takie jest też przekonanie wielu Szkotów.

Szkocki kalkulator

Z drugiej strony, kto jak kto, ale Szkoci potrafią dobrze liczyć. I to o kwestie pragmatyczne rozgrywa się główna linia sporu: pozostać w Wielkiej Brytanii, czy stawiać na niepodległość.

Koszty odłączenia się Szkocji bardzo trudno jest jednoznacznie określić. Westminster oszacowało ostatnio, że stworzenie odrębnej administracji rządowej kosztowałoby szkockiego podatnika blisko 3 miliardy funtów. Jednak szkoccy nacjonaliści, powołując się na badania ekonomistów z LSE, odpowiadają, że to wartość przeszacowana i na budowę podstaw państwowości potrzeba kilkanaście razy mniej, maksymalnie 200 mln. funtów. Z pewnością chodzi im o państwo-minimum. Tylko czy w przypadku rządzącej Szkocją partii SNP, głośnej w swoich postulatach socjalnych, byłoby to naprawdę możliwe?

Hasło: ropa

Dla Alexa Salmonda i reszty secesjonistów odpowiedzią na wszystkie pytania jest jedno słowo: surowce. To złoża ropy naftowej i gazu na Morzu Północnym, które w 90-proc. należą do Szkotów, są dla nich gwarantem bezpieczeństwa ekonomicznego nowego państwa. Szkocki rząd, podpierając się niezależnymi, choć głośno kontestowanymi wśród wielu ekspertów badaniami, ocenia, że ich wartość można wycenić na 1,5 biliona funtów. Mimo iż Londyn podkreśla, że to suma wyssana z palca, wiadomo że branża naftowa stanowi całkiem pokaźne źródło brytyjskich dochodów – od lat 70. zagwarantowała budżetowi Zjednoczonego Królestwa około 300 mld funtów w formie samych podatków.

Z drugiej strony, w ostatnich latach wydobycie ropy i gazu z Morza Północnego spada, a z powodu niejasnej sytuacji geopolitycznej niewiadoma pozostaje też przyszła cena surowców. Zdaje się więc, że Szkocja – tak jak Wielka Brytania w swoim sporze z Unią Europejską – padła ofiarą wyspiarskiego partykularyzmu. Chce samych korzyści z wyłączeniem kosztów. Tym bardziej, że korzyści, m.in. bycie częścią stabilnej i globalnej brytyjskiej marki, trochę już Szkotom spowszedniało. A może nigdy nie było dla nich ważne?

Osobno, ale razem

Oprócz pytania „czy warto”, przed wrześniowym referendum Szkoci muszą się też zastanowić, co dalej z ewentualną suwerennością. Mapa drogowa, którą dostarczają secesjoniści, wygląda następująco. Królowa Anglii Elżbieta II ma pozostać symboliczną głową nowego państwa. Z brytyjskiej flagi Union Jack wymontowany zostanie niebiesko-biały szkocki krzyż św. Andrzeja. Szkocja chce pozostać w unii walutowej z Londynem i zachować dotychczasową walutę – funta szterlinga, co oznacza, że jej bankiem centralnym pozostałby Bank Anglii. Wpływy ze sprzedaży ropy i gazu z Morza Północnego Edynburg miałby oczywiście zatrzymać dla siebie, a nowe państwo zostałoby członkiem struktur NATO i Unii Europejskiej, oczywiście bez negocjacji, a niejako dziedzicząc brytyjskie członkostwo.

Alistair Darling bardzo obrazowo spuentował marzenia Szkotów o pozostawieniu funta po odłączeniu się Szkocji. „To tak, jakby małżeństwo, które się rozwodzi, wciąż chciało zachować wspólne konto w banku. Nielogiczny i szalony pomysł”. Wtórował mu były premier Gordon Brown, podkreślając, że jeśli niezależna Szkocja zachowa funta, będzie to unia walutowa bez unii bankowej i fiskalnej, czyli model, który spowodował kryzys w eurolandzie.

Rzeczywiście, niezależność polityczna bez możliwości kształtowania własnej polityki monetarnej i fiskalnej, zdaje się być naiwnością. Bank centralny, dyktujący wysokość szkockich stóp procentowych czy wysokość wydatków, znajdowałby się w innym kraju.

Szkoccy decydenci powinni też pamiętać, że lokalny sektor finansowy kilkanaście razy przekracza wartość szkockiego PKB. To przypadek Islandii, czyli tykająca bomba z opóźnionym zapłonem. W 2008 r. brytyjski rząd musiał już ratować zadłużone szkockie banki, m.in. RBS. Czy Szkotów będzie na to stać, kiedy przyjdzie następny kryzys?

Nierozerwalni

„Razem silniejsi” – mówią zwolennicy połączonych Szkocji i Wielkiej Brytanii. „Niezależność daje nam siłę”, podkreślają przeciwnicy unii. A część Szkotów zastanawia się po prostu, czy separacja od większej całości nie stanowi dla ich kraju zbyt wielkiego ryzyka. Ryzyka, które ponoszą oni sami. Bo jak przypomina Michael Ignatieff, kanadyjski polityk i politolog z Harvard Kennedy School, za „moralny grzech separatyzmu” rzadko płacą liderzy polityczni, którym zamarzyło się przewodzenie maleńkim, choć suwerennym państewkom. Tę cenę płacą obywatele, zmuszeni do rozdzielania tożsamości, które są połączone.

*Aleksandra Kaniewska – analityczka ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, publicystka
Trwa ładowanie komentarzy...