Wielka Mała Brytania?

Przed Cameronem większe wyzwanie niż przegrana z Junckerem – stawką jest jedność Zjednoczonego Królestwa

W walce o szefa Komisji Europejskiej w pewnym sensie David Cameron postawił na swoim. Było więcej demokracji, bo po raz pierwszy w historii przewodniczącego wybierano w ogólnym głosowaniu. Cameron długo lobbował za tym, żeby odrzucić kandydaturę chadeków (nie podając przy tym konkretnej alternatywy). Udało mu się przekonać do anty-Junckerowskiego stanowiska nie tylko własnego koalicjanta, proeuropejską partię Liberalnych Demokratów, ale też opozycyjną Partię Pracy. Ale mimo iż postawił na swoim, przegrał całą batalię – w głosowaniu Brukseli poparł go tylko premier Węgier, niespecjalnie ceniony w UE Viktor Orban. 26-2. To dość kompromitujący wynik.


„Będzie teraz trudniej zatrzymać Brytanię w Unii, chociaż wciąż jestem gotów o to walczyć”, mówił Cameron po głosowaniu. Podobnie przekonywał też Jean-Claude Juncker. „Będę się starał, żeby w toku dalszych rozmów rozwiać wszystkie wątpliwości Brytyjczyków”.

Brexit czy Scoxit?

Niestety, wizerunkowa porażka Camerona ma już swoje odbicie słupkach poparcia dla europejskiego projektu. Niedzielne wydanie brytyjskiego dziennika „Daily Mail” opublikowało wyniki sondażu, z którego wynika, że gdyby referendum „in-or-out” odbyło się teraz, 47% Brytyjczyków opowiedziałoby się za wyjściem, a tylko 39% za pozostaniem w Unii. Zaledwie miesiąc wcześniej w podobnym sondażu You Gov prounijnych głosów było 44%, a 36% widziało Brytanię poza Unią.

Czy to koniec unijnego projektu na Wyspach? Nie wiadomo. Ale na pewno to nie koniec wyzwań dla Camerona i jego partii. A właściwie sam ich początek. Nie tylko bowiem coraz częściej mówi się o sporym prawdopodobieństwie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej (słynny „brexit”), ale też o końcu Zjednoczonego Królestwa w jego dzisiejszej postaci. Mowa o szkockiej secesji – zdarzeniu bezprecedensowym w historii nie tylko Wysp, ale i całej Europy.

Już 18 września Szkoci odpowiedzą na jedno, proste pytanie: „Czy Szkocja powinna być niezależnym krajem?”. Sondaże pokazują relatywnie stabilną pozycję grupy probrytyjskiej (tzw. „NO”, czyli tych, którzy w referendum odpowiedzieliby „nie”). W badaniu z 1 lipca było ich 54%, a zwolenników secesji 35% (to tzw. grupa „YES”), z kolei niezdecydowanych jest około 12%. Mimo że to unioniści mają poparcie Londynu, większości mediów, a także więcej środków finansowych (na rzecz kampanii „NO” milion funtów przekazała m.in. pisarka J. K. Rowling), secesjoniści pod wodzą Alexa Salmonda nie odpuszczają.

„Przeraża mnie, że to, co wydawało się niemożliwe jeszcze kilka lat temu, staje się realną szansą dzisiaj. To dopiero prawdziwy koniec historii. Wymazanie 3000 wspólnych lat”, mówił mi niedawno w rozmowie prof. John N. Gray, brytyjski filozof polityczny.

Co ciekawe, zwolennicy pozostania częścią Zjednoczonego Królestwa ustami lidera kampanii „Better Together” („Razem lepiej”) Alistaira Darlinga przekonują: „Wszystkie cztery kraje składające się na Wielką Brytanię są silniejsze, kiedy funkcjonują razem”. To bardzo ciekawy argument, podnoszony przez zarówno brytyjskich laburzystów, jak i torysów (czyli również samego Davida Camerona). Jest w nim jednak pewna logiczna sprzeczność. Jeśli razem to rzeczywiście lepsza formuła, gwarantująca większą siłę przebicia na globalnym rynku, dlaczego brytyjscy eurosceptycy (większość których jest przeciwna oderwaniu się Szkocji) zupełnie inaczej widzi miejsce Wielkiej Brytanii w Unii? W tym przypadku „razem lepiej, silniej, pewniej” zdaje się mieć zupełnie inne znaczenie. Eurosceptycy uważają bowiem, że marka Brytania jest wystarczająco mocna, żeby zdrowo konkurować ze światowymi gigantami: Indiami, Chinami czy Stanami Zjednoczonymi.

Koniec historii

A co jeśli za blisko trzy miesiące naprawdę zdarzy się Fukuyamowski koniec historii? Co jeśli bez fanfar czy wystrzałów armatnich Anglia w cywilizowany i demokratyczny sposób rozwiedzie się ze Szkocją?

Lista pytań jest długa.

1. Co z brytyjską tożsamością pięciu milionów Szkotów? Czy w Szkocji nastanie nowy czas narodowego puryzmu i czym on się będzie objawiał?
2. Co z walutą, członkostwem w Unii i NATO? Co z ochroną granic, które teraz będą granicami dwóch odrębnych państw?
3. Co z precedensem, jaki ustanowi szkocka secesja? Czy w ślad za nią pójdą Katalończycy, Walijczycy, Wenecjanie czy mieszkańcy Quebecu?
4. Czy szkocka secesja to nie będzie to dodatkowy bodziec dla pulsującego angielskiego nacjonalizmu?

I tak dalej, i tak dalej.

Rozdarci

„Nietrudno jest rozróżnić między rozżalonym Szkotem a promieniem słońca”, pisał ponad pół wieku temu sarkastycznie angielski pisarz P.G. Wodehouse. Relacja Szkocji z Anglią nigdy nie była jednoznacznie łatwa, ale moment zwrotny nastąpił pod koniec lat 80. To wtedy premier Margaret Thatcher wprowadziła podatek gminny dla Szkotów (tzw. poll tax). W ten sposób dokumentnie zniszczyła poparcie dla konserwatystów w tej części Wielkiej Brytanii i scementowała szkocki nacjonalizm.

Michael Ignatieff , kanadyjski polityk i wykładowca Harvard Kennedy School na łamach „Financial Times” wspomina emocjonalną walkę o Quebec podczas pierwszego referendum separatystycznego z 1995 roku (przegranego przez separatystów). Ignatieff nazywa to „moralnym grzechem separatyzmu”. „Separatystyczni politycy, pragnący być prezydentami czy premierami maleńkich suwerennych krajów, zmuszają swoich obywateli, żeby dokonywali wyborów, których nikt nie powinien musieć dokonywać. Żeby wybierali między tożsamościami, które są połączone”.

Czy za ten moralny grzech separatyzmu będzie można za trzy miesiące winić Davida Camerona?

*Aleksandra Kaniewska – analityczka ds. polityki zagranicznej w Instytucie Obywatelskim, absolwentka Modern Japanese Studies na Uniwersytecie Oksfordzkim, publicystka
Trwa ładowanie komentarzy...